czwartek, 15 stycznia 2015

Piłka nożna do cholery!

NAJLEPSZEGO *.*

Marc... Nasz Marc (poprawka) :D
Kończy dziś 24 lata :*
Życzę mu, a właściwie wszystkie mu chyba życzymy tego:
-ZŁOTEJ PIŁKI za kilka lat <3
-Dużo strzelonych goli dla Barcelony :D
-Wytrwania w tym klubie do końca :)
-Zero kontuzji, a jak już to minimalnych.
-Dużo zdrówka.
-Tego szczerego uśmiechu jaki ma ciągle :))
-Poczucia humoru którym potrafił by zarazić każdego :*
-Fajnej ładnej dziewczyny.
-Zdrówka kochanemu psiakowi, jakiego posiada <33
-Radości z życia
-Wychodzenia częściej w pierwszym składzie.
-Staranności w tym co robisz, i żebyś doszedł tam gdzie chcesz.
I WSZYSTKIEGO CO NAJLEPSZE.
Sto lat..sto lat..niech żyję żyję nam. Sto lat sto lat niech żyję żyję nam.
Niech żyję nam :D 
Niech mu gwiazdka pomyślności nigdy nie zagaśnie, nigdy nie zagaśnie.
A kto z nami nie wypije niech go piorun trzaśnie :D
1000 lat Kochany *.*.*.*.*.**.*.*.*.*

Przy okazji ogłoszenia dusz pasterskie:
-Nowy rozdział w weekend.
-Wiem że tamten zawaliłam w tym się zregeneruje.
-Rozdziały będę uprzedzała co ile będą dodawane bo może nastąpić tu mała zmiana.
-Dużo się będzie działo i liczę dlatego na dużo komentarzy.
-Ten blog zakończony będzie w okolicach maja więc przed nami jeszcze kilka miesięcy ciekawej myślę opowieści.
-Od tego momemtu możecie dawać pomysły co może stać się w rozdziałach. Będę je czytać i wybierać najlepsze.
To nawet nie muszą być pomysły może jakieś słowa cytaty jestem otwarta :D 
To ma być nasze wspólne dzieło<333

wtorek, 13 stycznia 2015

Rozdział 16 "Nie pytaj mnie, czy to ma sens, podobno wszystko po coś jest."

~*~


~*~
Zrobiłam lekki makijaż i założyłam kilka bransoletek na lewą rękę, a prawą zdobił pudrowego koloru zegarek.
Rozpakowałam jeszcze kilka ubrań wraz z laptopem, zbiegając na dół.
-Zgłaszam gotowość do działania!..- krzyknęłam zadowolona.
-To łap i idziemy.- rozkazał rzucając w moją stronę pitnym jogurtem.
-To jest moje śniadanie?!- zdziwiłam się patrząc na butelkę.
-Tak, owoce leśne mam nadzieję że lubisz.- wyszczerzył się otwierając drzwi.
-Heh.. jutro zapieprzasz po bułki.- pogroziłam mu palcem, kierując się w stronę garażu.
-Chciałoby się.- prychnął otwierając mi drzwi, gestem ręki zapraszając do środka.
-Sam mówiłeś że jesteś moim lokajem, a więc nie marudź.- posłałam mu całusa, wchodząc do samochodu.
Był taki uroczy jak się złościł..
~Boże Cind nawet tak nie myśl!~ skarciłam samą siebie, rozsiadając się na wygodnym fotelu.
Na uszy założyłam białe słuchawki całkowicie oddając się muzyce która w nich płynęła.
Mocne bity to coś co lubiłam najbardziej, jednak dziś postawiłam na coś kompletnie innego.
"Chicago - Hard to Say I'm Sorry"
Tak mnie zakręciło że nawet nie wiedziałam kiedy byliśmy pod Camp Nou.
Muszę przyznać że widząc ten stadion łezka w oku mi się zakręciła.
Odkąd pamiętam kochałam FC Barcelonę.
Kibicowałam jej całym sercem, nawet nie wiem czemu..
Pomimo tego że w Dortmundzie był świetny klub ja nigdy nie byłam na jego meczu, a za mecz bordowo-granatowych mogłabym dać sobie rękę uciąć.
Każde ich zwycięstwo i porażkę przeżywałam bardzo mocno, potrafiłam nawijać o niej cały dzień.
Każdego z piłkarzy plakat jak i bluzkę chowałam pod łóżkiem.
Byli dla mnie najlepsi i do teraz tacy są.
Jednak nie wiem czy wezmę się na odwagę i kiedykolwiek im to przyznam.
-Zatkało?- wycedził Bartra uśmiechając się szeroko.
-Nie no co ty stadion jak stadion.- skłamałam wzdychając ciężko.
-Haha... bo ci uwierzę.- objął mnie w pasie prowadząc do środka.
Przy wejściu już słyszałam jak szybko bije mi serce.
Chyba czuło magie tego miejsca tak samo jak ja.
-Ty idziesz tam, a ja idę tam.- tłumaczył mi jak małemu dziecku pokazując palcem to w lewo to w prawo.
-Nie no wiesz co nie skapnęłabym się.- przyłożyłam ręce do policzków udając zszokowaną.
-Wolałem się upewnić.- cmoknął ustami  wchodząc do podajże szatni,
-No nic więc zostałaś sama.- powiedziałam sama do siebie kierując się na murawę.
Stanęłam na jej środku, obracając się w okół własnej osi.
-Jest tu masa pozytywnej energii.- skwitował ktoś za mną.
Aż podskoczyłam słysząc ten zachrypnięty głos.
-Tak masz rację.- odwróciłam się widząc Leo! Lionel Andres Messi stoi obok mnie.. nie no!
Piszczałam w myślach z radości, jednak na zewnątrz udawałam bardzo opanowaną.
-Co tu robisz?- spytał zaciekawiony podbijając piłkę.
-Przyjechałam tu..em..z..no..- nie miałam pojęcia co powiedzieć, czy prawdę czy może skłamać?!
-Dobra nie wnikam. A tak w ogóle Leo.- wystawił w moim kierunku rękę ukazując szereg śnieżnobiałych ząbków,
-Cinderella.- uścisnęłam dłoń piłkarza zabierając mu z pod nóg piłkę.
-Umiesz grać?- uniósł jedną brew do góry zszokowany.
-Ba!- zaczęłam robić różne tricki z piłką.

-Uhuhu..- usłyszałam jego krzyk, po czym głośne gwizdy reszty Blaugrany wchodzącej na boisko.
-Młoda nie mówiłaś że umiesz grać.- szepnął mi na ucho Marc.
-Kochanie nie musisz wszystkie wiedzieć.- zaczęłam brechać z niego jak głupia.
-A tu co się..- starszy mężczyzna stanął przede mną  i go zatkało.
-Kto to?- spojrzał na mnie, a następnie na każdego z chłopaków z osobna.
-To jest..am..eh..- Barcelońska "10" odezwała się, lecz nie mogąc nic mądrego wymyślić zamilkła.
-To może sama się przedstawię.- uśmiechnęłam się przyjaźnie.
-Proszę bardzo.- podrapał się po kilku dniowym zaroście.
-Nazywam się Cinderella pochodzę z Niemiec i jestem tutaj z tym panem..- wskazałam głową na bruneta, niepewnie wyłamując palce.
-Kopciuszek?- zerknął na mnie pytająco, a ja tylko w odpowiedzi skinęłam głową.
-Córciu.- widać było w jego oczach łzy, patrzył na mnie przewiercając mnie swoim spojrzeniem na wylot.
Nie mogłam wykonać żadnego ruchu, a wszyscy patrzeli na nas jak na idiotów.
-Możemy nie zaczynać tego tematu.-przełknęłam gule w gardle zmieszana.
-Pewnie.- podszedł do mnie i mocno przytulił.
Odwzajemniłam uścisk, czułam że nie jest zły i się dogadamy.
Ale choć małego stracha chyba jak każdy kto stałby na moim miejscu, miałam.
-O co tu..-Sergio zaczął, lecz nie dane mu było skończyć bo Gerard szturchnął go mrożąc spojrzeniem.
-Co ja znów zrobiłem?!- naburmuszony założył ręce na klatkę piersiową.
-Nic.- pomachałam głową z dezaprobatą.
Roberto jest taki gapciowaty i nie wierzy w siebie tak jak reszta.
Przez to też często jest gorzej traktowany.
Więc postanowiłam mu to jakoś wynagrodzić.
-O co chodzi kurczee..- tupnął nogą obrażony, wyginając buzie w wielkim grymasie.
-Oj mówię ci że nic.- musnęłam jego policzek mocno tuląc do siebie.
-Heh.. skoro tak mówisz.- wypalił, a wszyscy wraz ze mną wybuchnęli śmiechem.
-Młody..młody.- poklepał go po plecach Xavi.
-Stary..stary.- zaczął sobie żartować z niego lokowaty.
-Dobra spokój, bo zaraz znów zaczniecie się wydurniać!- klasnął w dłonie Luis zaganiając wszystkich po piłki.
-Moja lewa..moja..lewa.Moja lewa prawa lewa.- chodził w koło nich wygłupiając się.
Po chwili reszta dołączyła do niego i zaczęli maszerować.
-A teraz kochani 20 kółeczek.- krzyknął do nich, a ci potulnie wykonali polecenie.
Widać kto tu ma władze.
-Podoba się w Barcelonie?- usiadł koło mnie na ławce rezerwowych.
-Pewnie to piękne miasto już wiem czemu tu mieszkasz.- odparłam całkiem poważnie.
-To ta wojna którą musimy wygrać, jesteśmy jak z jasnego nieba grom, to ta wojna którą musimy wygrać, a piłka to nasza broń.- chłopacy biegając podśpiewywali, a ja cicho chichotałam myśląc że nikt nie zauważy.
-Ona się z was śmieje.- wskazał na mnie mój własny ojciec, jak małe dziecko które chciało wkopać kolegę z ławki w szkole.
-Co?- podbiegł do mnie Bartra przewieszając sobie przez ramie.
-Nie jestem workiem pyrek!- kopałam go nogami po klacie.
-Ale tyle ważysz.- oznajmił szczerząc się.
-Osz..ty!- okładałam pięściami jego plecy chcąc coś zdziałać.
-Jaka kara?- luknął na Albe i zaczął mnie łaskotać.
-Kretynie przestań, błagam..hahah...- miałam dość tego bolał mnie cały brzuch, a oni nie chcieli przestać.
Nawet Enerique się do nich dołączył.
-Proszę..Stoop.
-Puśćcie ją.- czyjś głos rozniósł się z drugiego końca murawy.
-Neymar?- głupkowato się spojrzałam.
To jeden z moich ulubionych piłkarzy, a ja nawet nie zauważyłam że go nie ma.
Podrapałam się po głowie, otrzepując i wstając z trawy.
Już po chwili domyśliłam się czemu był nie obecny.
Szedł w naszym kierunku kulejąc..
-Pewnie że to ja Neymar da-Silva Santos Junior.- ukłonił się przede mną całując w rękę.
Moje policzki przybrały kolor piwonii,
-A już myślałem że będzie moja to musiał przyjść!- Jordi zrobił smutną buźkę.
-Ty chwila ja jestem zajęta! I chyba mam coś do powiedzenia.- podparłam się rękoma patrząc na nich wyczekująco.
-Nie no pewnie.- wymruczał Dani.
-Zajęta?- zdziwił się brunet spoglądając na mnie z pod czapki Jordana. (Neymar)
-Marco Reus mówi ci to coś?- spytałam spokojnym tonem.
-Pewnie bardzo dobrze znam Marco.- wywrócił oczami.
-To teraz masz okazje bardzo dobrze poznać jego dziewczynę.- mrugnęłam do niego okiem.
-Żartujesz sobie??
-Nie jestem bardzo poważna.-wzruszyłam ramionami.
-Ten to ma szczęście.- palnął piłkarz, a ja walnęłam "faceplana".
W mojej kieszeni po chwili zaczął wibrować telefon.
-Może chcesz mu to sam powiedzieć?- uśmiechnęłam się widząc na wyświetlaczu zdjęcie Reusa.
-Nie rozmawiajcie sobie sami.- wzruszył ramionami idąc na krzesełka.
-Bartra idę się przejść wrócę jak skończycie trening.- posłałam wszystkim szeroki uśmiech i wyszłam ze stadionu oddzwaniając do Niemca.
-Hey kotek.- głos Dortmundziej "11"od razu wywołał uśmiech na mojej twarzy.
-Hey misiek.- mówiłam po Niemiecku, a ludzie mijający mnie patrzyli na mnie jak na odmieńca.
-I jak tam się bawisz? Co z tatą?
-Hm..jak ci to powiedzieć. Tatuś mój jest nawet nawet.. poznałam piłkarzy i w ogóle. Ale ja tęsknie za tobą..- wyjęczałam smutna.
-Czy to ma sens?!- zapytałam wściekła.
-Nie pytaj mnie, czy to ma sens, podobno wszystko po coś jest..

Od autorki:
Hejo...wiem nudny i krótki rozdział, ale w następnym obiecuję że będzie się działo dużo więcej.
Nowy około piątku/soboty.
Bajo...
Liczę na 11 komentarzy dacie radę? :D 

środa, 7 stycznia 2015

Rozdział 15 "Dobra czyli szykuje mi się posada lokaja."

~*~

"Tylko ja sypiam w jego ramionach. To dla niego zostałam stworzona. Tylko mnie nazywa kochaniem. To mój teren pod jego ubraniem. [Wdowa.]"

 ~*~
Usiadłam przy oknie, zakładając na uszy słuchawki.
Myślałam że one pomogą mi się uspokoić, że dzięki nim nie rozkleję się jak małe dziecko, niestety pomyliłam się..
Pierwszą piosenką która dotarła do moich uszu była Ziarecki- Miało być pięknie.
Słysząc jej tekst powoli przymknęłam oczy, a po policzku spłynęła mi pojedyncza łza.
Miałam dosyć, nie mogłam pojąć tego co właśnie robię!
Uciekam od miłości mojego życia na całe 21 dni, tak postanowione, już zabukowałam bilet na lot powrotny na za trzy tygodnie.
Wiedziałam że dwa tygodnie to bardzo mało dlatego już przed wyjazdem postanowiłam że te siedem dni w te czy we wte  nikogo nie zbawi.
Może i nie byłam stu procentowo pewna jak przyjmie mnie mój tata, ale widząc swojego przyszywanego brata byłam pewna że choć trochę jest do mnie podobny i raczej szybko złapie z nim kontakt.
Ale pozory mylą..
Moje przemyślenia przerwał dźwięk telefonu, oznaczający że dostałam od kogoś sms'a.
Tak jak myślałam Reus..
-Jak lot ja już umieram z tęsknoty. <3
-Skarbie widzieliśmy się 20 minut temu, dasz radę, damy radę :* 
-No niby wiem, ale tak pusto bez ciebie w domu..*,*
-Hm... to idź do Mario, albo Roberta,czy Kuby? ;p
-No dobra to pójdę na Idunę pogram trochę pobiegam z piłką i mi przejdzie :D
-Jak chcesz.. życzę miłej gry :)
-A ja tb lądowania ;* Pa..
-Bajo.. ;* 
Pisząc z nim do samego końca miałam łzy w oczach.
To co pisał było takie słodkie że aż się rozpływałam.
-Trzymaj- usłyszałam czyjś głos za sobą i białą chusteczkę przed oczami.
-Dziękuje.- odwróciłam się chcąc zobaczyć kto był taki miły.
Oczywiście był to Marc.
Byłam mu wdzięczna, pomagał mi jak tylko mógł.
-Weź te torebkę z miejsca obok siebie.- puścił do mnie oczko, a ja wykonałam jego polecenie z szerokim uśmiechem na ustach.
-I jak gotowa już na zobaczenie pięknej słonecznej Barcelony?- uniósł jedną brew do góry.
-Na to tak.- machnęłam ręką, ukazując szereg białych zębów.
-A na co nie?- widać było że słucha mnie uważnie i obchodzi go moje samopoczucie.
-Wiesz nie wiem jacy są ci ludzie, czego oczekują, obawiam się spotkania z nimi.- westchnęłam ciężko wycierając mokre policzki.
-Nie martw się ja ich bardzo dobrze znam i powiem ci tyle że z Luisem jesteście jak dwie krople wody.- prychnął nieopanowanym śmiechem, za co dostał ode mnie w bok.
-Auł..- rozmasował bolące go miejsce.
-Pocałuj.- wskazał na swój policzek.
-Chyba w to miejsce nie dostałeś?- spojrzałam na niego z pod byka.
-Ale to będzie rekompensata za tamto i to że przez tyle czasu będziesz u mnie mieszkać.- wyszczerzył się jak głupi do sera.
-Jak ci to przeszkadza mogę spać w hotelu!?- fuknęłam oburzona zakładając ręce na piersi.
-Przecież żartowałem.- obił się barkiem o mój bark, chcąc mnie pchnąć na okno.
-Osz.. ty małpo!- poprawiłam się i zaczęliśmy się przepychać jak małe dzieci które pierwszy raz lecą samolotem.
-Ahaha..-wybuchnęłam śmiechem widząc jak piłkarz leży na podłodze, a stweardessa ma z niego taki sam ubaw jak ja.
-I z czego się tak ryjesz co, mam FOCHA!- naburmuszony siedział z głową zadartą do góry.
-A mam ci powiedzieć co znaczy to słowo.- krztusiłam się łzami od śmiechu, nie mogąc przestać.
-Fachowe ob..
-Dobra nie kończ tu są ludzie!- przytknął mi palec do ust, a ja niby poważnym wzrokiem obserwowałam jego niebieskie tęczówki.
-A gdzie Amber?- zdziwiłam się nigdzie nie widząc dziewczyny Bartry.
-Za nami, zasnęła już przy starcie.- no po prostu bosko jaka idiotka!
Dziewczyna śpi za nami, a ja jej nie zauważyłam!
Pewnie gdzieś cenią sobie taką spostrzegawczość!
-Aham.. nie zauważyłam.- walnęłam się w czoło, opierając głowę na jego ramieniu.
Byłam też już mocno zmęczona tym wszystkim, że nawet nie wiem kiedy gadając z przyjacielem odpłynęłam do krainy Morfeusza.
~*~
-Ej.. wstawaj lądujemy.-usłyszałam czyjś cichy szept, po czym runęłam na drugi fotel jak kłoda.
Okazało się że to brunet wstał obudzić tak samo Amb i to przez niego miałam bliskie spotkanie z tapicerką, powiedziałabym nawet że bardzo bliskie.
-Zabije.- wymamrotałam pod nosem, przeciągając się niczym rasowa kotka.
Założyłam na siebie bluzę która całą podróż znajdowała się na mojej torebce i spojrzałam na zegarek.
00:35 westchnęłam ciężko, przecierając piąstkami oczy.
-Przyjeżdżamy do ciebie do domu i idę spać!- oznajmiłam stanowczo z niemrawym wyrazem twarzy.
-Okey..okey.. nie mam nic przeciwko.- podniósł ręce do góry w geście obrony.
-Proszę o zabranie wszystkich swoich rzeczy i skierowanie się do wyjścia właśnie wylądowaliśmy.- przemilutki damski głos rozniósł się po całym pomieszczeniu.
Zabierając swoje rzeczy zrobiłam tak jak powiedziała kobieta.
Stojąc na pierwszym schodku za tłumem ludzi próbowałam dostrzec krajobraz Barcelony.
Niestety nie było mi to dane wszyscy pchali się na mnie nie zwracając uwagi że zaraz mogą włożyć mi swoje palce do oczu.
-Chodź.- chwycił mnie Bartra za ramiona i prowadził tak, dopóki nie poczułam gruntu pod nogami.
Pocałowałam go w policzek w podziękowaniu, a w tej samej chwili podbiegła do nas Amber z Iglesiasem.
-Dalej kto pierwszy po walizki!- pisnęła brązowooka, a mnie zamurowało.
W Dortmundzie byli zupełni inni tacy dorośli, opanowani, a tutaj?!
Od samego wyjścia zachowują się jak dzieci, co nie powiem, ale bardzo mi się podoba.
Wzięłam głęboki oddech klepiąc Barcelońską "15" po plecach.
-Dawaj ty nędzny piłkarzyno zobaczymy na co cie stać!- krzyknęłam biegnąc do przodu.
-Ah..tak!- ruszył za mną z cwanym uśmieszkiem.
    W domu byliśmy około drugiej.
Przejazd do domu chłopaka wcale nie zajął aż tak długo.. jednak wystarczył on żebym zobaczyła jakie to miasto jest naprawdę.
Oddane całkowicie swojemu klubowi! 
Wszędzie pełno plakatów o najbliższym meczu Fc Barcelony,w samochodach poprzyczepiane szaliki.. mogłabym wręcz powiedzieć że w żyłach każdego z mieszkańców, jak i każdej z rzeczy, rośliny czy zwierzęcia płynie bordowo granatowa krew.
Nikt się nigdzie nie spieszy, nie martwi co przyniesie nowy dzień.
Zaczynało mnie to bardzo wkręcać, chciałam poczuć się tak samo jak oni BEZTROSKO.
~*~
Puk..puk..
-Kto ma czelność budzić mnie z samego rana!- jęknęłam zamykając z powrotem oczy.
-To chyba ja.- wskazał placem na siebie szczerząc się Marc.
-Błagam cię daj mi spać, albo giń!- nie otwierając swoich paczadełek leżałam uśmiechnięta.
-A myślałam że przejdziesz się dzisiaj ze mną na trening, od razu poznałabyś ojca i chłopaków.- usiadłam na łóżku i spojrzałam na niego zdziwiona.
-Ale że teraz??
-Nie, masz jakąś godzinę, chyba że to problem.- zmarszczył czoło siadając obok.
-Skąd, jakbyś mógł zrób mi śniadanie za 30 minut zejdę.- pobiegłam do walizki i zaczęłam wyciągać potrzebne mi ubrania.
-Dobra czyli szykuje mi się posada lokaja.- mrugnął do mnie okiem.
-A i owszem.- cmoknęłam ustami, wywalając go za drzwi.
Nocą gdy tylko podjechaliśmy pod wille nie miałam nawet ochoty ruszyć się nogą w innym kierunku niż łóżka.
Byłam tak padnięta jak chyba jeszcze nigdy, nie miałam pojęcia że lot może z człowieka wyssać całą chęć do życia.
Ubrałam się w szybkim tempie w białą boxerkę do której założyłam jeansowe spodenki i białe trampki.
Zrobiłam lekki makijaż i założyłam kilka bransoletek na lewą rękę, a prawą zdobił pudrowego koloru zegarek.
Rozpakowałam jeszcze kilka ubrań wraz z laptopem, zbiegając na dół.
-Gotowa zgłaszam gotowość do działania!..



Od autorki:
Nie mam pojęcia co powiedzieć naprawdę.. 
Ten rozdział może nie jest idealny, ale w następnym będzie się tyle działo że masakraaa...
Jenak nie wiem czy zostaniecie ze mną do tego czasu.
7 komentarzy pod ostatnim rozdziałem..:c 
Co się z wami dzieje..
Ja wiem były święta teraz wraca szkola, ale jeżeli jesteście to napiszcie choć jedno słowo w komentarzu nawet literkę, a to pomaga uwierzcie.
12 komentarzy następny rozdział.
Przepraszam ale muszę tak zrobić.. :( 
No nic mam nadzieję że nie zawiedźcie bo wyświetleń mamy ponad 7500 tysiąca.
P.S
Chciałabym was serdecznie zaprosić na bloga który ostatnio bardzo mnie uwiódł, choć jest tam dopiero Prolog dziewczyna widać że zaczyna. Pomożemy jej:
- samandneymar.blogspot.com
I do następnego *.*














czwartek, 1 stycznia 2015

Rozdział 14 "Dobrze..dla ciebie wszystko."




~*~
-Marco..?- przełknęłam głośno ślinę, chowając twarz w dłoniach.
Klamka powoli zaczęła się ruszać, a drzwi uchyliły się.
Serce podeszło mi do gardła, bałam się.. tak strasznie się bałam.
-Reus..?- zapytałam ostatni raz, biorąc do ręki prostownice która od rana leżała na wannie.
-Cind.- wychrypiał jakiś mężczyzna stojąc nade mną.
Zdezorientowana nie wiedziałam co mam robić.
Odruchowo podniosłam się do pionu i z całej siły uderzyłam przedmiotem który trzymałam w dłoniach, w miejsce z którego chwile temu słyszałam głos.
Było ciemno nie miałam pojęcia czy trafiłam w niego czy nie.
Byłam oszołomiona i przestraszona jak chyba jeszcze nigdy!
-Auć..- usłyszałam znajomy jęk i jak ktoś siada na płytki.
To był blondyn!
Uderzyłam swojego chłopaka..!
-Co ty odpierdalasz?- spytał wściekły.
-Yy.. nie wiedziałam że to ty..spanikowałam.- ukucnęłam obok niego przygryzając dolną wargę.
-Czym ty mnie uderzyłaś, cholera wiesz jak to boli?!- bąknął oburzony.
-Prostownicą, przepraszam.- próbowałam znalezć jego rękę, lecz na marne.
-Heh.. nic się nie stało, rzeczywiście mogłem ci odpowiedzieć.- westchnął głośno. -Ale mój policzek! W nagrodę chcę słodkiego całusa.- nie musiałam widzieć jego twarzy, żeby widzieć że gości na niej szeroki cwaniacki uśmieszek.
-Dobra, jak włączą światło dostaniesz.- cmoknęłam ustami zadowolona.
-Niech ci będzie.- usiadłam obok niego opierając głowę o wannę, kompletnie zapominając że jestem naga.
Nagle w pomieszczeniu znów zagościło światło, a ja tempem błyskawicy zakryłam chłopakowi oczy.
-Co robisz?- zapytał oburzony.
-Jestem bez bielizny, więc wychodzisz do sypialni.- rozkazałam nadal przytykając ręce do jego oczu.
-Mm.. no to ja zostaję.- zaśmiał się cicho.
-Reus..- wymamrotałam naburmuszona.
-No co?- zdziwił się.
-Wypad!
-A..
-Nie chce tego słyszeć..papa..- dałam mu buziaka w policzek i wypchnęłam z pomieszczenia.
Nie powiem musiałam mu dość mocno pociągnąć, bo ma czerwony ślad po lewej stronie twarzy.
Jak to zobaczy udusi mnie, tego mogę być 100% pewna.
Szybko narzuciłam na siebie bluzkę piłkarza którą  zamiast piżamy wyciągnęłam z szafy, na całe szczęście była na tyle duża że bez problemu zakrywała moje czarne koronkowe majtki.
Podchodząc do lustra spięłam włosy w dość wysokiego kuca i spojrzałam na siebie..
Może to dziwnie zabrzmi, ale w swoim odbiciu nie znalazłam już tej samej osoby co dwa miesiące temu.
Przestałam się ciąć, martwić o siebie, czuć urazę do swojej siostry, stałam się inna.
Nauczyłam się kochać ludzi i dawać im drugą szansę, nawet jeśli bardzo nas skrzywdzili.
    Powolnym krokiem ruszyłam do pokoju, jedyna rzecz o jakiej teraz marzyłam to był sen..
Niestety nie było mi pisane tak po prostu położyć się i zasnąć.
Miałam podjąć decyzje na temat wyjazdu..
I poinformować o niej mojego chłopaka.
-Musimy porozmawiać.- usiadłam na łóżku koło blondyna, zwieszając głowę w dół.
-A właśnie jak rozmowa z twoim 'bratem'?- zbył moje słowa, zadając jednak bardzo podobne pytanie.
-Dokładnie o nią chodzi.- wciąż nie mogłam na niego patrzeć, byłam świadoma że jak na niego spojrzę rozkleję się jak małe dziecko.
-To mów.- poganiał mnie, jednak widząc moje zachowanie zmienił ton swojego głosu. -Jak nie chcesz teraz mi tego mówić nie musisz.- delikatnie ujął moją rękę, głaszcząc nią opuszką swojego palca.
-Nie! Muszę powiedzieć ci to teraz.- przełknęłam gule w gardle niepewnie zaczynając. -On mówił prawdę, pokazał mi list do jego ojca od mojej matki gdy była już umierająca, z prośbą żeby się mną zaopiekował. I informacją że ma w ogóle córkę! Szukali mnie dość długo.
Dopiero gdy przeprowadziłam się do ciebie dowiedzieli się od Bartry o wszystkim, kojarząc fakty.
-To chyba dobrze.- pocałował mnie, uśmiechając się pokrzepiająco.
-Reus ty nie rozumiesz, oni chcą żebym pojechała do Barcelony.- wydusiłam z siebie na jednym tchu.
-Co..?- widać było że ta informacja go zmieszała.
-Na stałe?- spytał podnosząc moją twarz za podbródek do góry.
-Nie, na dwa najwięcej trzy tygodnie.- w moich oczach zaświeciły się pojedyncze łzy.
-Tylko nie płacz damy sobie radę, przecież pojadę z tobą.- pocałował mnie namiętnie.
-Nie możesz, a treningi i bankiet?! Mecze zaczynają się też niedługo?!-odepchnęłam go od siebie, spoglądając w jego oczy.
Zraniłam go, choć nie chciałam tego, zrobiłam to!
Po moim policzku spłynęła łza, którą szybko starł kciukiem.
-Cholera!- wymamrotał pod nosem.
-Poradzimy sobie i tak. To tylko 14 góra 21 dni, zleci bardzo szybko.- starał się mnie pocieszyć, lecz marnie mu to wychodziło.
Coraz więcej słonej substancji zataczało mokre okręgi na moich policzkach.
-Tak myślisz?- zerknęłam na niego z nadzieją.
-Pewnie. Możemy codziennie ze sobą rozmawiać. Tylko powiedz mi kiedy wyjeżdżasz?
-Jutro wieczorem.- zaczęłam krztusić się łzami wymawiając te słowa.
-Cicho.. nie płacz. Przecież nic się nie stanie.- przytulił mnie do siebie tak mocno że aż brakowało mi tchu.
-Nie musisz za mną czekać, zrozumiem cię.- wtuliłam się w jego umięśniony tors jeszcze mocniej, unosząc wzrok do góry.
-Odbija ci, ty mój głupolku. Kocham cię! I nie mam zamiaru stracić.- dał mi buziaka w czubek głowy, kołysząc to w lewo to w prawo.
Powoli zaczynałam się uspokajać w jego ramionach.
Czułam się w nich beztrosko, bezpiecznie, jak jeszcze przy nikim.
-A co z Camilą?- spojrzałam na niego pytająco.
-Nie wyrzucę jej na bruk dopóki sobie czegoś nie znajdzie.- rzucił mnie na poduszki.
-Kochany jesteś.- wyszeptałam zawieszając ręce na jego szyi.
-Wiem.- całował mnie bez opamiętania.
Nie byłam mu dłużna ani chwilę, oddawałam każdy jego pocałunek z taką samą namiętnością.
Powoli podciągnął moją bluzkę, obcałowując mój brzuch.
-Co ty wyprawiasz.- zaśmiałam się, ściągając koszulkę z powrotem na dół.
-Skoro uciekasz, muszę ci pokazać że masz do czego wrócić.- wychrypiał zmysłowo do mojego ucha.
-Śmieszny jesteś wiesz, a ja za to bardzo śpiąca.- cicho chichocząc złożyłam krótkiego całusa na jego rozgrzanych ustach i ułożyłam się do snu.
-Śpioch.- skwitował kładąc się obok.
Przyciągnął mnie bliżej siebie i oplótł rękoma moją talie.
-A Cam ma gdzie spać?
-Tak stwierdziła że może jeszcze dziś spać na kanapie, a jutro pójdzie do pokoju Marca i Amber bo też przecież jutro wracają do Hiszpanii.- powiedział muskając delikatnie skórę mojej szyi.
-Dziękuje ci, za wszystko.
-Nie masz za co.- odparł  drażniąc mnie nosem.
-Heh.. Dobranoc.
-Branoc..


~*~
Przebudziłam się o 5 rano nie mogłam spać. 
Nie wiem czemu, ale martwiłam się że zostawiam swojego chłopaka w rękach mojej siostry na tyle czasu.
Może i jej wybaczyłam, lecz te myśli nie dawały mi spokoju że może coś pomiędzy nimi się stać.
Ufałam Marco i byłam świadoma jego miłości do mnie, choć nie mogłam być pewna czy by jej nie uległ z biegiem czasu.
Zastanawiałam się czy podjęłam dobrą decyzje, czy nie lepiej zostać i nigdy nie zobaczyć ojca. 
Rozglądałam się po pokoju próbując znaleźc jakieś proste rozwiązanie.
Jednak nie było ono inne od poprzedniego.
Musiałam tam pojechać zobaczyć swoją rodzinę, a Reus skoro mnie kocha nie powinien zrobić żadnej głupoty.
Usiadłam na materacu po, najpierw wyplątując się uścisku piłkarza.
Moje nogi powędrowały pod brodę, a ręce szczelnie je oplotły.
Nie miałam ochoty nawet próbować znów wpaść w krainę Morfeusza.
Musiałam się uspokoić i zrobić coś pożytecznego.
   Wyciągnęłam z szafy dwie walizki jedną mniejszą, a drugą większą.
Powoli do dużej zaczęłam wkładać swoje sukienki, spódniczki, bluzki na krótki rękaw, boxerki, krótkie spodenki itp.
A do małej wrzuciłam kilka par butów oraz swoje kosmetyki jak i biżuterię.
Zapinając je wybrałam ciuchy na dzisiaj i ruszyłam po cichu do łazienki.
Szybko się ubrałam i wymalowałam po czym wróciłam do pokoju.
Marco jeszcze spał..
Na paluszkach zeszłam na dół żeby nikogo nie obudzić.
Weszłam do kuchni, włączając cicho radio.
Podeszłam do lodówki i widząc że jest pełna składników które potrzebuje, przygotowałam śniadanie dla nas wszystkich.
Rozłożyłam talerze jak i kubki do kawy po czym weszłam do salonu w którym smacznie spała Camila.
-Wstajemy!- krzyknęłam zrzucając z niej kołdrę.
Ile sił miałam w nogach pobiegłam na górę żeby obudzić Marca i Amber.
-Halo..Halo..Wstawać!- wrzasnęłam zabierając im poduszki spod głów.
Bawiło mnie takie budzenie ich, ale najlepsze jak zawsze zostawiłam sobie na koniec..
Do rąk chwyciłam wiadro które wcześniej napełniłam lodowatą wodą i ruszyłam do pokoju.
Tak jak myślałam.. nadal śpi.
Stanęłam nad nim i z pełną świadomością wylałam na niego zawartość wiaderka.
-Aa...!- wydarł się tak głośno że co najmniej cała nasza ulica go słyszała.
-Wstajemy.- prychnęłam nieopanowanym śmiechem.
-Jak mogłaś?- wstał z bardzo poważną miną.
Dzieliły nas centymetry, a on jeszcze bliżej się przysuwał.
-Czego chcesz?- zrobiłam dwa kroki do tyłu.
-Daj się przytulić.- chciał się na mnie rzucić, ale zrobiłam jeszcze jeden krok do tyłu i wylądował na twardej podłodze.
-Sorki kotek, nie mogę być mokra.- posłałam mu całusa wychodząc z pomieszczenia.
-Mmm..-usłyszałam czyjś głos w kuchni.
-A ty nie umiesz się ubrać.- spojrzałam na Bartre który po kuchni paradował w samych spodniach bez koszulki.
-A ty nie umiesz człowieka normalnie obudzić?- podniósł jedną brew do góry.
-Nie.- uśmiechnęłam się cwaniacko siadając na krześle.
Po krótkiej chwili dołączyły do nas Amb i Cam, a Reusa jak nie było tak nie ma.
Zastanawiałam się co zajmuje mu tak dużo czasu, ale nie miałam zamiaru tego sprawdzać.
-A gdzie..
-Suszy się.- zaśmiałam się słodko, a Camila nie musiała kończyć już swojego pytania.
-Okey, nie wnikam.- podniosła ręce w geście obrony.
-Lepiej tak będzie.- posłałam jej całusa.
Nie patrząc na nic zaczęłam wcinać grzankę z dżemem malinowym.
Wtedy właśnie poczułam zimno spadające na mnie z góry.
-Kara słońce.- Dortmundzka '11' śmiała się ze mnie, a ja byłam cała mokra!
-Farbowany blondasku nie żyjesz!- zaczęłam go gonić po całym domu.
W pewnym momencie jednak znaleźliśmy się w ogrodzie przy basenie.
-Lepiej już zacznij pisać testament.- wysyczałam przez zaciśnięte zęby.
-Nie nerwuj się tak kochanie.- stał na samej krawędzi tafli wody.
Teraz albo nigdy!
Pchnęłam go z całej siły do wody.
Niestety w tym samym momencie on chwycił mnie za ramię i wpadliśmy obydwóch pod wodę.
-Jesteś głupi.-wynurzyłam się na powierzchnie.
-Chyba ty.- wycedził po czym zaczęłam go podtapiać.
Nie umiem pływać dlatego był to jedyny sposób żebym się nie zanurzyła.
-Cind zlituj się.- spojrzał na mnie smutnymi oczami.
-Niby czemu, ty tego nie zrobiłeś.- założyła, ręce na piersi.
-Ah.. tak.- chwycił mnie w pasie.
-Wiem że nie umiesz pływać.- patrzył na mnie, a w jego oczach było widać te złośliwe iskierki.
-Nie puszczaj.-przytuliłam się do niego, nogi krzyżując na jego plecach.
-O co ty mnie prosisz, tu nie jest głęboko.
-Ale nie mam gruntu.- przeczesałam jego mokre włosy.
-Wariatko przecież ci nic nie zrobię.- pokręcił niedowierzająco głową namiętnie całując.
Podpłynął ze mną do brzegu, usadawiając na płytkach..
~*~
-Pamiętaj że masz do mnie dzwonić zawsze jakby się coś złego działo.- Agata przytulała mnie że brakowało mi powietrza.
-Do mnie też i baw się dobrze.- uśmiechnął się Kuba. 
-Tak jest-zasalutowałam podchodząc do Cam.
-A do mnie masz dzwonić co 7 godzin i zdawać relacje.- palnęła śmiejąc się jak głupia.
-Oczywiście.- przesunęłam się i ujrzałam smutny wyraz twarzy mojego ukochanego Niemca.
-Nie smutaj, bo jak ty będziesz smutał, to ja też zacznę smutać, i będziemy tak razem smutać, a ja nie lubię jak ty smutasz.- pogładziłam jego policzek.
-Dobrze dla ciebie wszystko..



sobota, 20 grudnia 2014

Rozdział 13 "Powtórz to co powiedziałeś."

~*~


~*~
-Jak moim bratem?- spojrzałam na nieznajomego, opanowując swojego chłopaka.
-Nie mam pojęcia nawija tak od godziny i stwierdził że tylko tobie powie wszystko, bo nam nie ufa!- Marco naburmuszony założył ręce na klatkę piersiową na co zareagowałam głośnym śmiechem.
-W takim razie papa.. zabierz gdzieś wszystkich, a ja pogadam z naszym gościem.- wypchnęłam go z pokoju, kierując swój wzrok na wysokiego bruneta.
-Cinderella.- wyciągnęłam rękę w jego kierunku.
-Iglesias.- uścisnął ją szeroko się uśmiechając.
Może nie był blondynem od urodzenia jak ja, ale emanowała z niego taka sama pozytywna energia jak ze mnie.
Więc może rzeczywiście mówił prawdę? 
Cind.. co ty gadasz?! Ogarnij się..! 
-To może wytłumaczysz mi o co chodzi niby z tym że jesteśmy spokrewnieni?- zmierzyłam go przenikliwym spojrzeniem.
-Nie wiem od czego zacząć.- podrapał się po karku. 
-No może od początku.- puściłam mu oczko, ukazując szereg śnieżnobiałych ząbków.
-Mój tata Luis Enerique jest dość znanym trenerem Barcelony.
-Nadal nie kumam jaki ma to związek ze mną.- westchnęłam ciężko.
-Bo mi przerywasz.- zaśmiał się, a ja walnęłam w czoło.
-Dobra już nic nie mówię.- podniosłam ręce w górę w geście obrony.
-Bardzo dobrze. - prychnął śmiechem, ale widząc moją poważną  minę opanował się.
-I właśnie on jest twoim biologicznym ojcem. Wiem to stąd, że gdy byłem mały razem z moją mamą przeżywali lekki kryzys w związku i mój kochany tatuś udał się wtedy na wakacje do Niemiec zostawiając ją samą. Właśnie w Dortmundzie znalazł sobie kobietę w której się ponoć bezgranicznie zakochał, chciał mieć z nią dzieci i nową rodzinę. Jednak ona nie zbyt była na to chętna, pobawiła się z nim, a potem zostawiła bez ani jednego słowa wyjaśnienia.
A mój ojciec wrócił do mas zapominając o niej. Jednak kilka miesięcy temu, dostał od niej wiadomość. A mianowicie list.- zaczął wyciągać coś z kieszeni. Po czym podał mi większy kawałek pozginanego papieru.
Powoli rozwinęłam go i zaczęłam czytać na głos:
"Cześć Luis..
Wiem że od naszego spotkania minęło dobre kilkanaście lat.
Ale od tego czasu mało się zmieniło, nadal jesteś najważniejszym mężczyzną w moim życiu i tak już zostanie chyba na wieki.
Jestem chora, mam raka i to ostatnie dni mojego życia. 
Większość domowników myśli że to przez stres coraz gorzej się czuję i mojego męża który mnie katuje.
Pewnie teraz pomyślisz że jestem głupia że jeszcze siedzę w tym domu i nie próbuję walczyć, ale już nie potrafię.
Rozumiem też jak cię potraktowałam, masz prawo czuć do mnie odrazę.
Ale zawsze gdy jest mi gorzej przypominam sobie nasze spotkanie na ławce w parku.
Kochałam cię, kocham i zawsze będę.
Jednak teraz jest najważniejsza sprawa..
Po twoim wyjeździe zaczęłam mieć poranne mdłości i więcej jadłam.
Poszłam do ginekologa i okazało się że jestem w ciąży, a tatą pomimo wszystko jaka nie byłam 100% jesteś ty.
Boję się że gdy odejdę zostanie sama jak palec, a ta kreatura (mój mąż) zacznie się nad nią znęcać jak nade mną.
Nie mogę do tego dopuścić.
Więc jeżeli chcesz mi pomóc zabierz ją do siebie i nie daj mu odnaleźć.
Ma na imię Cinderella i jest niebieskooką blondynką. Więcej informacji nie będziesz potrzebował aby ją odszukać.
Całuje..
Twoja Anabel."

-Ale..co?..że..jak?- rozpłakałam się jak małe dziecko któremu upadł lizak na ziemię.
Byłam bezradna. Nie mogłam tego pojąć jak ona to zrobiła.
Spojrzałam na datę u góry..
-Data jej śmierci.- cicho załkałam siadając na łóżku.
Czuła już chyba że odchodzi i stąd ta prośba, jednak czemu mi nie powiedziała, że mój ojciec tak naprawdę nie wie że istnieję! 
A tak to od małego wciskała mi kit że mnie porzucił, nie chciał, że ją zostawił!
-To jej wina.- powiedziałam ledwo słyszalnie znów zalewając łzami.
-Przykro mi, ale musiałem ci to powiedzieć, i tak za długo zwlekałem.- dotknął delikatnie mojego ramienia.
-Ty? Niby czemu nie ten cały Luis?!- uniosłam wzrok spoglądając w jego oczy.
-Musi być w Hiszpanii, bo treningu nikt za niego nie poprowadzi, a ja jestem jedyną osobą której teraz ufa. I bardzo chce cie poznać i kazał mi przywieźć cię do Barcelony.- gadał jak opętany, nie mając zamiaru przestać.
-Jejeje.. powtórz to co powiedziałeś.- zahamowałam go myśląc że się przesłyszałam.
-To że mysi być w Hiszpanii?
-Nie to potem.
-Treningi i że mi ufa?
-To od razu po tym.
-Mam cię zabrać do niego.- wzruszył ramionami oglądając obraz nad łóżkiem w pokoju Marco.
-A czy ja wyraziłam na to zgodę?- obraziłam się wstając na równe nogi.
-Ja ci nie karzę tam jechać na zawsze, ale na tydzień dwa. Bardzo dobrze ci to zrobi i poznasz swojego prawdziwego tatę.- chwycił mnie w okolicach nadgarstka.
-Nie zostawię tego co tu mam od tak!- wrzasnęłam poirytowana.
-Od tak nie musisz, jestem tu do jutrzejszego wieczora. Jeśli chcesz tu jest twój bilet i numer mojego telefonu. Jutro 20 wylot, przemyśl to wszystko na spokojnie.- pocałował mnie w czoło wychodząc z pokoju jak i pewnie całego domu.
Opadłam bezwładnie na łóżko, kręcąc niedowierzająco głową.
Jak ona mogła to ukrywać, milczeć tyle lat i kłamać, nie mogę tego pojąc.
Zataczałam kółka na szaro-białej pościeli opuszkami palców.
Zbierałam myśli, chciałam wybrać jak najlepsze wyjście z tej sytuacji, ale bałam się każdego.
Tak cholernie się bałam że aż w pewnych momentach brakowało mi tchu, gdy zalewałam się kolejnymi strumykami łez.
Reus na pewno nie byłby zadowolony wiedząc że teraz gdy wszystko zaczęło się układać, uciekam do innego państwa na Bóg wie ile.
Jednak tam jest mój tata, kit z tym że nigdy go nie widziałam nie wiem jak zareaguje na mój widok ALE TAM JEST!
Zawsze chciałam go poznać, może nie krzyczałam o tym na cały głos, ale w podświadomości zawsze czułam że chce go ujrzeć, zamienić chociaż kilka niezobowiązujących słów.
Powoli zsunęłam się z łóżka, idąc w stronę balkonu.
Nacisnęłam za klamkę i poczułam chłód dający mi w policzek.
Tego właśnie było mi trzeba.
Otrzeźwienia przez zimne przyjemne powietrze drażniące moją skórę.
Podeszłam do barierki, mocno zaciskając na niej palce.
Powoli w mojej głowie kalkulowałam co i jak mam zrobić, ale nie potrafiłam już dziś dać temu zawitać na świat.
Po połowie godziny poszłam się wykąpać, i gdy już miałam kłaść się spać żeby uniknąć spotkania z blondynem który ze wszystkimi wyszedł pewnie do Błaszczykowskich, zgasły światła w moim domu jak i kilku bliskich.
-Ja pierdole!- ryknęłam próbując znaleźć klamkę do drzwi albo chociażby telefon.
Małe światło, zapalniczka cokolwiek! 
Usłyszałam jak ktoś u dołu otwiera drzwi, ale nie kluczem. Musiały być otwarte..
-Marco?!- spytałam głośno przełykając gulę w gardle.
-Marco?- powtórzyłam pytanie nieco ciszej cofając się od drzwi po samą ścianę.
Kroki były coraz głośniejsze, a ja coraz bardziej bałam się o siebie.
 ~*~




Od autorki: Kochane wiem długo nie było ale teraz nadrabiam za cztery dni albo cztery nowy dłuższy.. 
Rozdział!! Będzie się dużo działo.
Komentujcie motywujcie :*
Kingaa dla ciebie ten rozdział :D 
Bo jak nie my to kto ? ;*

niedziela, 23 listopada 2014

Rozdział 12 "Każdy Kopciuszek. nienawidzi zakupów!"


~*~


*Poniedziałek następnego tygodnia*


Od feralnego wieczoru minął już tydzień.
Dziewczyna krążyła po parku nie mogąc pojąć ile od tego czasu zrobiła.
Pogodziła Kubę i Agatę którzy od teraz okazują sobie uczucia na każdym kroku, wybaczyła Marco który rano wrócił schlany w trupa do domu, Camili za to jak kiedyś ją traktowała i Marcowi za narzucanie się i niepotrzebne wyjawianie swoich uczuć jakich Cinderella nie mogła odwzajemnić, nie potrafiła.
Może w pewnym momencie zaiskrzyło coś między nimi, ale to był impuls, chwila słabości.
Teraz była świadoma że jej farbowany blondasek jest tym jedynym, najważniejszym za którego oddałaby wszystko.
Jednak pomimo tego wciąż jej czegoś brak.
Ma nie opisaną pustkę w sercu, brak jej czegoś lub kogoś?
Nie ma tego co wypełniło by jej uśmiech do końca, żeby był najszczerszym na całym świecie, wyjątkowym, jedynym i niepowtarzalnym.
Chciała tego najbardziej na świecie, pragnęła być szczęśliwa, lecz nie umiała.
Może gdzieś w środku wiedziała czym jest spowodowany ten brak, szkoda tylko że bała to się komuś powiedzieć.
Jak głośno chce wykrzyczeć że jest smutna, zraniona, że musi to wszystko ukryć pod maską, aby nie martwić bliskich.
Liczy czas i wie że ma go coraz mniej, aż w końcu on kompletnie się skończy.
  Poczuła jak ktoś oplata rękoma ją w pasie i całuje namiętnie w szyję.
-Stęskniłem się.- ścisnął ją jeszcze mocniej.
-Nie widzieliśmy się..-spojrzała na zegarek. -Dwie godziny skarbie-chwyciła jego twarz w swoje dłonie, odwracając się na pięcie.
-Wiem, ale to i tak dużo.- pokręciła niedowierzająco głową, słysząc słowa piłkarza i czule pocałowała.
-Jutro Agata i Cam chcą mnie zabrać  na zakupy!- westchnęła ciężko, siadając na ławce.
-No to chyba fajnie?- usiadł obok obejmując ją ramieniem.
-Nie! Nienawidzę zakupów!- założyła ręce na piersi oburzona.
-Chyba sobie żarty robisz? Każda dziewczyna lubi zakupy.
-Ale ja nie nienawidzę, ciuchy najczęściej kupuje w internecie od razu na mój rozmiar i to takie co mam już upatrzone, a nie sześć godzin w centrum handlowym.- przewróciła oczami kładąc głowę na nogach chłopaka.
-No to jesteś inna, ale za to cię kocham.- pocałował ją w nos, a ta cichutko zachichotała.
-A może tak powiedział byś że mnie gdzieś zabierasz i nie mogę z nimi iść. Proszę..- bawiła się włosami, chcąc wymusić na nim pomoc jakiej w tym momencie najbardziej potrzebowała.
-Przepraszam, ale ja jutro mam pierwszy trening. Po tej przerwie, nie mogę.- zwiesił głowę i posmutniał.
-Ooo.. to zabierasz mnie za sobą i potem jedziemy gdzieś.- klasnęła w dłonie siadając.
-Nie potem Mario,  Jakub i Robert przychodzą do nas do domu. Marc pojutrze przecież z Amber wyjeżdża.- pogładził ją ręką po policzku, który po chwili stał się różowiutki.
-Czyli mam to znieść? Nieee.. rób mi tego.- potrząsnęła nim, a ten prychnął nieopanowanym śmiechem.
-Ale nie mogę ich zostawić.
-Tak bo sami sobie Fify nie odpalą?!
-Nie bo mi pół chaty rozwalą!- uśmiechnął się do niej szeroko.
-Kit z chatą, chyba że masz zamiar odwiedzać mnie na cmentarzu, one mnie wykończą.- pokazała swoje oczy pełne strachu przed zbliżającym się shoppingiem.
-Kopciuszku masz kupić sobie sukienkę jak dla  księżniczki bo nie długo będzie impreza nasza charytatywna i cały klub ma się stawić, z osobą towarzyszącą. Chyba nie pójdę sam.
-A co ja nie mam ładnych sukienek? Pół mojej szafy to sukienki i każda z nich dla twojej świadomości jest śliczna.- wytknęła mu język, odwracając w drugą stronę.
-Masz..masz i wiem o tym, ale coś nowego nigdy nie zaszkodzi. Możecie jeszcze Amber zaprosić w 4 raźniej.-
chłopak chciał dobrze, ale jak zawsze nadział się na zły temat.
-A muszę?
-Mogłabyś.
-Jak dziewczyny się zgodzą niech idzie może po drodze je zgubie i wpadnę do was. Oczywiście wcześniej kupie tę sukienkę czy coś.- usiadła mu na kolanach rozkazując zanieść do domu, gdyż strasznie bolą ją nogi.
Nie miała wyjścia, nie chciała kłócić się ze swoim chłopakiem.
Nie było jej to potrzebne, wiedziała że chce jak najlepiej.
Że kocha ją i zawsze będzie chciał jej pomóc, z uwagi na to postanowiła zabrać Amber i skoro wyjeżdża zakończyć ten spór.
Jaki kiedyś pomiędzy nimi dwoma się stworzył.

~*~
Po piętnastu minutach byliśmy już w domu.
Marco pobiegł ze mną na górę i rzucił na łóżko pełne poduszek.
-Wariat.- skwitowałam śmiejąc się na głos.
-I co w związku z tym?- uniósł jedną brew ku górze.
-Amber..!- wydarłam się jak najgłośniej umiałam, a ona jak błyskawica wparowała do pokoju.
-Tak?- spojrzała na mnie zdziwiona.
-Powiedz mi chcesz jutro iść na ostatnie Niemieckie zakupy?- nie wiem jak te słowa przeszły mi przez gardło, ale wypowiedziałam je dość głośno.
-Pewnie.
-No to jutro 9 w razie co jakbym zaspała obudź mnie.- puściłam jej oczko.
-To do jutra.-pomachała nam i wyszła.
-No..no.. gratuluje. Przełamałaś się.- zaczął bić mi brawo blondyn.
-I tak nie myśl że się cieszę że jutro zrobię więcej kilometrów niż w maratonie bym przebiegła. I lepiej żeby jak przyjdę czekało na mnie wino i dwie lampki- pogroziłam mu palcem z cwanym uśmieszkiem.
-Ja po ostatnim nie pije!- wrzasnął Marco przypominając sobie ostatni wypad do Błaszczykowskiego.
-To ja się na piję za nas dwóch.- chwyciłam koszulkę Reus'a i pobiegłam do łazienki.
-Ty to chyba moje!- zdążył krzyknąć a ja się zakluczyłam.
Było dobrze po 22 więc miałam zamiar się wykąpać i iść spać w żółto czarnej koszulce Borussi blondyna.
Tylko mogłam się domyślić że jak wyjdę nie będzie mi dane w spokoju zasnąć.
I nie myliłam się..
Założyłam na siebie koronkową czarną bieliznę i wsuwając na to jego bluzkę wyszłam z łazienki.
-Dobranoc.- machnęłam ręką kierując się w stronę łóżka, a piłkarz szyderczo uśmiechnął.
-Spać idziesz kotek? Wiesz która jest godzina?- wiedział jak bardzo mnie irytuje mówiąc że jestem mała czy jego kotem to musiał celowo to zrobić!
-Czy ja ci w którymś miejscu wyglądam na zwierzę?! Jestem zmęczona i idę spać!- położyłam się pod ciepłą kołdrą, zamykając oczy.
Tak chciałam iść już do krainy Morfeusza.
-A może obejrzymy coś?- spytał kucając przy łóżku.
-Możemy, ale wybierz film.- wymamrotałam ledwo słyszalnie.
-Śpij już jutro coś obejrzymy.- pocałował mnie w czoło, a ja momentalnie zasnęłam.
       -Cind..! Cind..!- usłyszałam jak ktoś głośno wymawia moje imię, ale nie otwierałam oczu.
Byłam tak śpiąca że nie miałam na to ochoty.
-Wstawaj!- wrzasnął czyjś męski głos, a ja otworzyłam jedno oko patrząc na zegarek w swoim telefonie.
Siódma ran, Marco szykuje się na trening.. no tak czego ja się spodziewałam.
-Co jest?- cicho zapytałam zamykając ciężkie powieki.
-Koszulka! Moja żółta koszulka..- stanął przed szafą szukając choć jednej z nich.
-Masz na drugiej półce.- mruknęłam wściekła że obudził mnie o taką błahostkę.
-Nie ma ani jednej.
-No to masz u dołu wyprasowaną z moimi ciuchami.- mówiłam nie otwierając oczu.
-Też nie ma.

~*~

-Też nie ma.- spojrzałem na nią i zobaczyłam z pod pościeli wychodzący skrawek bluzki jaką miała na sobie.
-Rozbieraj się.- powiedziałem nie myśląc jak to brzmi, gdyż strasznie gonił mnie zegarek.
-Słucham?!- zerwała się siadając na łóżku.
-Jesteś w mojej bluzce a innych nie mam czasu szukać!- pośpieszyłem ją.
-Heh..-przeciągnęła się jak najwolniej chyba potrafiła i ściągnęła z siebie bluzkę ukazując swój płaski umięśniony brzuch i czarny stanik jak i majtki, gdyż jej "piżama" sięgała jej do połowy ud.
-Trzymaj i się tak nie glap bo ci gały wylecą.- zakryła się i znów poszła spać.
-Miłych zakupów.- rzuciłem celowo wychodząc.
-A wypchaj się.- cisnęła w moją stronę poduszką.
Na szczęście trafiła w drzwi którymi chwile później wyszedłem.
Wiedziałem że odkąd wszystko z jej ojcem się wyjaśniło lubi długo spać, i nie należy do rannych ptaszków.
Wsiadłem do samochodu i przekręcając kluczyki w stacyjce pojechałem do Iduny.
Niby początki sezonów należą do najłatwiejszych, ale nie w naszym przypadku.
Pierwszy mecz z Bayernem, potem ta cała akcja charytatywna, mecz Ligi Mistrzów z Barceloną i Ajaksem.
Oby tak dalej a na pewno będzie dobrze !
I tak chyba najbardziej dotknie mnie mecz z Blaugraną, znam większość jej zawodników i utrzymuje z nimi bardzo dobre stosunki.
Nie lubię grać przeciw nim, a zwłaszcza jak już wygramy ich załamane miny.
Pewnie oni mają podobnie..
  Stanąłem pierwszy raz w szatni od ponad miesiąca i poczułem ulgę.
Nikt od nas nie odszedł, kompletnie, jedynie stare twarze powróciły.
Skierowałem wzrok w stronę Mario i od razu podszedłem się z nim przywitać.
Jakoś pomimo wszystko to on jest ze mną od początku, pomagamy sobie i razem na boisku tworzymy bardzo dobry duet.
Tak jak Piszczuś i Lewy.
Albo Błaszczyk i Mo.

~*~
Poczułam jak ktoś chwyta mnie za ramię i potrząsa próbując obudzić.
-Czego?- jęknęłam zdruzgotana, chciałam tylko usłyszeć dwa słowa NIE IDZIEMY.
Nie należę ostatnimi czasy do ludzi którzy lubią wcześnie wstawać, a zwłaszcza po to żeby iść kupić sobie sukienkę czy jakieś buty.
-Jest w pół dziesiątej czekamy na ciebie u dołu masz 20 minut.- powiedziałam spokojnie Camila i wyszła.
A właśnie jak już o mojej siostrze, to jest jedna ważna rzecz.
Gry jutro odwieziemy na lotnisko Amb i Marca mamy cały dom z Reusem tylko dla siebie.
Gdyż Cam dwa dni po przyjściu do nas znalazła sobie dom i bardzo dobrze opłacalną pracę.
Hip-hip-HURA.. ! (xD)
Powoli zwlekłam się z łóżka i nie zważając na to że blondynka nadal jest ze mną w pokoju podeszłam do szafy w samej bieliźnie.
-Ohohoho.. teraz wiem czemu jesteś tak zmęczona.- usłyszałam jej głos i skapnęłam się w czym paraduje po pokoju.
-Bo nie dajecie się mi wyspać?! Może dlatego?!- zmierzyłam ją ostrym spojrzeniem.
-No tak, tak wmawiaj sobie takie głupoty.- puściła oczko w moją stronę.
-A co niby miało być co?- zerknęłam na nią kontem oka wybierając z szafy jakąś porządną miętową spódniczkę.
-Wiesz, ja na ogół śpię w piżamie.- zaśmiała się.
Nie miałam pojęcia w ogóle po jaką cholerę ciągnie ten temat, ale naprawdę coraz bardziej odechciewało mi się z nią rozmawiać.
-A wiesz że ja na ogół też.- odburknęłam poirytowana.
-Pewnie tak, tylko dziś zrobiłaś taki wyjątek z Marco.- wybuchnęła nieopanowanym śmiechem.
-A won mi na dół muszę się uszykować.- bąknęłam idąc do łazienki.
-Dobra, dobra czekam na dole z dziewczynami.- wydarła się że naprawdę ciężko było jej nie usłyszeć.
    Podeszłam do lustra i odkręcając wodę w karnie, stałam a wszystko dookoła zaczęło mi się rozmazywać.
Jedynie nie woda!
Często od przemęczenia zdarzały mi się takie sytuacje, ale raczej jak byłam młodsza miałam z 14 lat.
No nic.. gdy wszystko znów wróciło do normy przemyłam buzie, umyłam zęby, zrobiłam sobie leciutki makijaż, ubrałam się w to:

I wyszłam z pomieszczenia robiąc ostatnie pociągnięcia grzebieniem.
Zeszłam na dół pakując ostatnie rzeczy do małej torebki i oznajmiłam swoją gotowość.
Dziewczyny zmierzyły mnie wzrokiem i szeroko się uśmiechając minęły kierując się do wyjścia.
-Ej co jest?- spojrzałam w dół, czy aż tak źle wyglądam.
Ale wszystko wydawało się być w normie, jak zawsze.
-Ja chce być matką chrzestną!- oznajmiła Agata krzyżując ręce na piersiach.
-A nie bo ja!- wytknęła jej język Cam.
-No to zostanie nią Amber!- wypaliłam śmiejąc się jak głupia do sera.
-Czyli to już pewne?!- spytały zaskoczone.
-Pewnie że tak, przecież to nie pierwszy raz.. a teraz do przodu!- ironizowałam idąc chodnikiem prosto do najgorszego miejsca na ziemi CENTRUM HANDLOWE, tu nie odnajdzie się żaden kopciuszek!
W myślach miałam tylko jedyne  ostatnie wyjście jakie mi zostało.
-Ałaaa..-zwinęłam się w kłębek udając ból brzucha.
-Nie kokietuj tu nas twój blondasek powiedział nam że możesz udawać coś żeby tylko tam nie wejść.- pogroziły mi palcem.
-Jprdl ten farbowany blondasek ma imię to po pierwsze, a po drugie ja mu pokaże w domu.- cicho westchnęłam i weszłam przez obrotowe drzwi do środka.
-O cholera!- zasłoniłam usta dłonią widząc cztery piętra pełna najróżniejszych sklepów szerokie jak pas startowy na lotnisku!
-A może tak wybierzemy tylko 5 sklepów?- spytałam spokojnie, a dziewczyny prychnęły śmiechem.
-Obejdziemy pierwsze dwa piętra potem zjemy obiad, obejdziemy ostatnie dwa i pójdziemy do kina na przeciwko.- wyszczerzyły się i zaciągnęły mnie do pierwszego sklepu.
-Jeszcze jakieś 200.- wyłkałam żałośnie.
-Mówiłaś coś.- spytały krążąc pomiędzy wieszakami.
-Nie zdawało się wam.- zakończyłam temat i udałam się do miejsca gdzie są sukienki i spódniczki.
Marco tak bardzo chciał moich zakupów.. ależ proszę bardzo, przy okazji kupi sobie nową szafę!
Z cwanym uśmieszkiem przymierzałam najróżniejsze kolory kloszowanych oraz koronkowych spódniczek i sukienek.
    -Proszę.- rzuciłam na pierwszą kasę z dobre 20 różnych ciuchów.
-Wszystko?- zerknął na mnie kasjer.
-Tak.- zrobiłam słodkie oczka i wyciągnęłam portfel z torebki.
O dziwo nie miałam zamiaru wydawać swoich pieniędzy jeszcze za lekcje tańca jakie kiedyś prowadziłam, bo pracy jako takiej sobie nie znalazłam.
Jednak miałam zamiar utrzeć nosa swojemu chłopakowi i pokazać co to znaczy mnie wkopać w coś czego nie chce!
Zapłaciłam za swoje ciuchy i siadając na ławeczce obserwowałam resztę dziewczyn latających po sklepie.
To był już koniec prawie moich zakupów brakowało mi tylko sukienki odpowiedniej na ten cały bal i butów.
Niestety u dziewczyn zapowiadał się to dopiero początek..
         Siedziałyśmy w chińskiej restauracji na drugim piętrze w której z tego co słyszałam podają bardzo dobre sushi.
A z dziewczyn linią raczej ciężko byłoby je nakłonić na kebaba z budki nieopodal w parku.
-Proszę bardzo i życzę smacznego.- położył przede mną danie kelner z firmowym uśmiechem i odszedł.
Dwie pałeczki kilo ryżu trochę mięsa z ryby i to wszystko?
Ja zwykła dziewczyna mam się najeść takim czymś za 50 złoty?!
Załamana oparłam głowę na ręce i zaczęłam próbować tego czegoś co nazywają jedzeniem.
Moje towarzyszki oczywiście były w niebo wzięte,  zachwycały się swoją ciemno zieloną zupą wyglądającą jak nie powiem co i następnie tym śmiesznym dla mnie sushi.
-Co ty wyprawiasz?- spytały gdy nie próbując nawet chwycić swojego obiadu pałeczkami, brałam go ręką.
-Jem.- skwitowałam, a te podstawiły mi zawinięte w białą chusteczkę dwa drewniane patyki.
-Że tym?- uniosłam wzrok patrząc na nie.
-A czym?!- skarciły mnie i całą następną godzinę próbowałam chwycić jeden kawałek latający po moim talerzu z jednego końca na drugi.
      Wychodząc z restauracji zostawiłam na stole pieniądze za obiad i wpadłam do pierwszego lepszego butiku.
Od razu dziewczyn uwagę przykuły piękne białe szpilki na platformie.
-Przymierzaj.- same usadowiły mnie pomiędzy sobą i ściągnęły mi buta.
-No i jak?- stanęłam naprzeciwko nich udając że mnie to obchodzi.
-Świetnie, kupujemy!- klasnęła dłońmi Amber i już nie było odwrotu.
-Na akcje z klubu pójdziesz ubrana cała na biało.- wydarła się Camila, a sprzedawca głupio spojrzał.
-Głośniej niech wszyscy wiedzą kto tu jest, a ciekawa jestem jak stąd wyjdziesz z dziennikarzami na głowię!- wyszeptałam jej ostro i stanowczo do ucha.
-Dobra nic nie mówiłam.
-No ja myślę.- poszłam stanąć koło Agi przy kasie, która uparcie ze swoich pieniędzy płaciła za szpilki.
-Dziękuje.- objęłam ją ramieniem.
-Nie ma za co, ale ty to niesiesz.- wręczyła mi kolejną siatkę.
-Heh..- wzięłam głęboki oddech i szybko skończyć te zakupy.
-Dziewczynki moje kochane! Ostatnie dwa sklepy ja muszę kupić sukienkę, a wy co tam chcecie i wychodzimy bo się ciemno zrobiło.- byłam tak znudzona już patrzeniem na to wszystko, przy takiej ilości ludzi, z ciągłym chodzeniem w te i we wte.
Nie znosiłam tego, lecz sukienkę porządną obiecałam że kupię, więc naprawdę to zrobię.
Ma być elegancka i biała albo jasno niebieska jak ujęły moje panie.
Pierwszy sklep nic.. kompletnie.
Więc ostatnia wersja mojego ratunku.
Pierwsza długa niebieska..
Ohydna, brzydka, tandeta, ale według Amber wspaniała.
Więc przymierzyłam:

-Pff... jaka jestem śliczna, oh z kopciuszka w księżniczkę, jeszcze tylko brakuje mi torebeczki z diamentów i tiary.- wydurniałam się w sklepie, a wszystkich oczy były skierowane na mnie.
-Ty.. ale to do tego!- założyła mi Aga na głowę fulcap i wybuchnęła nieopanowanym śmiechem.
-Oh..ah..- zaczęła robić z siebie błazna razem ze mną.
Lecz Cam i Amb brakuje tego poczucia humoru i chowały się po przymierzalniach.
Nasze wygłupy przerwał dopiero dźwięk mojego telefonu.
*Marco* 
I jak tam żyjesz? 
*Ja*
Umarłam, ale przeżyłam. Niedługo wrócę.
*Marco*
To czekamy.
*Ja*
My?! 
*Marco*
Wrócisz zobaczysz ;*
*Ja*
No niech ci będzie ;*
Ciekawiło mnie kto u nas jeszcze jest o tej porze, więc w błyskawicznym tempie znalazłam śnieżnobiałą sukienkę

 i wyszłyśmy z centrum.
Reus oczywiście na napisał już żadnego sms'a, bo po co się zapytać czy nie przyjechać bo jest już zimno i ciemno!?
     Z impetem weszłam do domu trzaskając drzwiami i usadowiłam pomiędzy Mario i Marco.
-Dawać mi to!- zabrałam dżojstik mojemu chłopakowi i piwo.
Upiłam jego duży łyk, a chłopacy wytrzeszczyli oczy.
-Dobrze się czujesz?- spytał brunet.
-Ujdzie w tłoku.- znów się napiłam strzelając przy tym dwie bramki.
-Uhu..!- krzyknęłam po czym zagwizdałam, a moje zakupowe towarzyszki otworzyły sobie drzwi i władowały się do domu.
-Zmęczona?- spytał mój piłkarzyk.
-Nawet nie wiesz jak.- pocałowałam go w policzek.
-Zakupy widać że się udały.- uśmiechnął się Mario do Camili, a Marc zbiegł na dół wywalając się na ostatnim stopniu.
-Łamaga.- skwitowałam nawet nie odrywając wzroku od telewizora.
-Mamy u góry mały problem!- wydarł się Bartra do Reusa. A ten zniknął z mojego pola widzenia.
-Co wy tam kombinujecie!?- wbiegłam na górę i otwarłam drzwi od jednego z pokoi w którym siedział wysoki młody chłopak.
-Kto to?- spytałam zdziwiona.
-Jestem twoim przyrodnim bratem..- powiedział, a ja słysząc to zsunęłam się po ścianie na podłogę i zakryłam twarz dłońmi.
-Że co?- wydukałam ledwo słyszalnie.
-Mówi ci prawdę.- chwycił mnie za rękę, a blondyn pchnął go do tyłu że wleciał na łóżko.



***
Od autorki-
Czekaliście więc proszę, ale nie będzie 11 komentarzy nie będzie następnego :3 jest 300 wyświetleń na jednym rozdziale a 7 komentarzy.
Mam nadzieje że mnie nie zawiedziecie i spełnicie moje oczekiwania.
Żegnam na dziś i życzę miłego komentowania.
Mam nadzieje że się podoba.
Nie jest jakiś specjalny ale nie jest zły.
<3 *.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*.*






poniedziałek, 3 listopada 2014

Rozdział 11 "Nie interere bo kici kici!"

~*~


-Cii..Spokojnie już jesteś bezpieczna.- gładził mnie po głowię, co jakiś czas całując w jej czubek.
Nie mogłam uwierzyć w to wszystko.
Jak ja mogłam być taka głupia i iść do tego psychola SAMA !? 
Do tej pory tego nie rozumiem i strasznie żałuję że byłam tak bezmyślna.
Wtulałam się w tors piłkarza, wsłuchując się w szybkie i głośne bicie jego serca.
Zawsze był gdy go potrzebowałam, nigdy mnie nie zawiódł, tak też i dziś.
Gdy myślałam że nic mnie nie uratuje, że tak skończy się moje życie na ziemi, przez własną głupotę.
Przybiegł, uratował mnie, nie pozwolił skrzywdzić.
-Dziękuje Marco..- wydukałam żałośnie, tając się prze coraz większą liczbę łez.
-Nie masz za co.- przytulił mnie jeszcze mocniej, przejeżdżając czubkiem nosa po moim policzku.
-Mam uratowałeś mi życie- uniosłam głowę do góry żeby spojrzeć w jego oczy.
-Ciebie mogę ratować zawsze rozumiesz? Zawszee..- uśmiechnął się blado, zbliżając do mnie swoją głowę, tak że stykaliśmy się czołami.
-Kocham Cię.- powiedziałam muskając przelotnie usta blondyna.
-Ja ciebie bardziej..- starł kropelkę słonej substancji spływającą po moim rozgrzanym policzku.
-Wcale że nie i się nie kłóć.- wytknęłam język w jego stronę i opadłam bezwładnie na kanapę.
-A może lubię?- zmierzył mnie wzrokiem.
-A ja może nie..- zaśmiałam się i biorąc pilota znalazłam powtórkę meczu Barcelony z Realem.
-Oglądałem już.- machnął ręką, chcąc wyrwać mi przy tym pilota, lecz byłam szybsza.
-Refleks kochanie.- prychnęłam śmiechem wpatrując się w ekran.
-Będzie 3:1 dla Realu jedną strzeli w Barcy Bartra, a w Królewskich Ronaldo, Banzema i na koniec Bale.- poszedł do kuchni z cwanym uśmieszkiem.
-Jak mogłeś!- ruszyłam za nim oburzona.
-No co mówiłem że oglądałem- wzruszył ramionami, nalewając sobie wody do szklanki.
-Reus! Ale ja nie! Ugh..- walnęłam go w bok z całej siły.
-Oj..ty kruszynko, chcesz mi coś zrobić? Mi?- przyciągnął mnie do siebie, chwytając w tali.
-Tak- założyłam ręce na piersi.
-Niby co?- nachylił się, robiąc wielki błąd.
-To!- chwyciłam butelkę z blatu i oblałam chłopaka.
-Osz.. ty!- zaczął mnie gnoić po całym domu.
-I tak mnie nie złapiesz.- wycedziłam zadowolona po drugiej stronie stołu.
-A co to?- pokazał za mnie, a ja odruchowo skierowałam tam głowę.
-Mówiłaś coś?- złapał mnie od tyłu rozbawiony.
-Pieprzony oszust!- palnęłam odsuwając się od niego.
-Jak tak. to tak!- zaczął mnie łaskotać.
-Prze-esta-ań..!- próbowałam się wysłowić przez fale śmiechu.
-Błagam- powtórzyłam, żeby się nade mną zlitował.
-A co będę z tego miał?- uniósł brew do góry, mierząc mnie przenikliwym spojrzeniem.
-Wszystko, tylko ja cię proszę nie znęcaj się tak już nade mną.- odparłam, a piłkarz z własnej woli przestał mi fundować te męczarnie i stwierdził że mam odpocząć, a on jedzie do Kuby bo chciał żeby dziś do niego wpadł.
Poszedł na górę się przebrać i pojechał.
Oczywiście nie obyło się bez uprzedzania mnie że niech się tylko ważę wyjść z domu i znów coś sama kombinować, ale no cóż.
Drugi raz nie popełnię tego samego błędu.
Powlekłam się na górę do naszej wspólnej sypialni.
Ułożyłam się na łóżku, i się zaczęło..
Walka ze samą sobą, z każdą najmniej ważną myślą.
Znów przed oczami pojawił się pijany nie panujący nad sobą ojciec, jego krzyk jak zabierała go policja i pięć słów jakie odbijały się w mojej głowie jak złudne echo:
-Jeszcze z wami nie skończyłem.
Powoli dochodziło do mnie co się stało, co tak naprawdę mogło się stać, jak zawiodłam Reusa, pokazując jaka jestem nieobliczalna i porywcza!
Że mogłam go stracić na zawsze, mogłam stracić to co kocham najbardziej ŻYCIE, a wraz z nim jego.
Przymknęłam oczy, powoli zatapiając się w krainie Morfeusza.
Nie zostało mi w tamtym momencie nic innego, jak tylko odpoczynek.
Zresztą najbardziej go potrzebowałam.
~*~
Obudził mnie odgłos domofonu.
Strasznie zaspana zwlekłam się z łóżka, ciągnąc za sobą aż na schody koc jakim byłam okryta podczas snu.
-Boże czy on nie umie zabierać kluczy.- wymamrotałam wściekła przez zęby, otwierając drzwi.
-Ty się nigdy nie nauczysz brać takiego czegoś jak klucze od domu!- nie patrząc kto przyszedł skierowałam się do kuchni, po szklankę soku pomarańczowego.
-Odebrało ci mowę, czy co?!- wyszłam znów na korytarz.
I widząc moją siostrę zbledłam.
-Boże, czemu ty uciekłaś?- podbiegłam do niej i przytuliłam.
-Nie chciałam być dla ciebie ciężarem, ale potem zrozumiałam że nie mam nikogo innego do kogo mogę iść.- załkała patrząc mi w oczy.
-Ale ty nie potrzebujesz nikogo innego, masz mnie.-wzięłam ją za rękę i zaprowadziłam do salonu.
-Myślę że jak porozmawiam z Marco możesz tu na trochę zostać.- uśmiechnęłam się do niej i ruszyłam do kuchni po apteczkę.
-Byłaś z tym u lekarza?- dotknęłam jej ran na twarzy.
-Nie, i nie chcę iść z tym nigdzie. Tata i tak zgnije w więzieniu więc po co mi to.- wzruszyła ramionami, a ja nie chcąc się z nią kłócić, tylko odkaziłam otwarte rany.
-Skąd ty wiesz że..?- zdziwiłam się.
-Spotkałam Marco po drodze i nie powiem nie było to miłe spotkanie, ale dowiedziałam się przynajmniej ile dla mnie zrobiłaś. Dziękuje jeszcze nikt tak się dla mnie nie jeszcze nigdy nie poświęcił.- powiedziała ciągle bawiąc się palcami.
Musiała czuć się niezręcznie, ale czego jej się dziwić.
Przeżyła tyle w jedną noc, ile ja przez całe lata.
-Nie masz za co dziękować, na mnie możesz zawsze liczyć.- usiadłam obok niej na kanapie i objęłam ramieniem.
-Zgoda?- spojrzałam na nią, a ta pokiwała znacząco głową.
-To się cieszę.-uśmiechnęłam się szeroko.
-Ja też.- ukazała swoje śnieżnobiałe ząbki w najszczerszym od lat, właściwie od zawsze.. uśmiechu.
    Miałyśmy dużo tematów do rozmów, po mimo wszystko co kiedyś było między nami, znalazłyśmy wspólny język.
Choć wciąż gryzła mnie jedna rzecz, a mianowicie co Reus powiedział Camili.
Wiem że się o mnie martwi i troszczy, ale nie powinien jej nic mówić.
Pomimo wszystko jest, była i będzie moją siostrą.
Wstałam z sofy i poszłam do góry po telefon.
-No pięknie.- zmarszczyłam czoło, widząc 30 nieodebranych połączeń.
-Agata?- zdziwiłam się, wybierając szybko jej numer.
-Hey, czemu nie odbierasz?!- spytała zmartwiona.
-No, bo wiesz.. telefon zostawiłam u góry i teraz dopiero..- nie mogłam sklecić dwa do dwóch, próbując się wytłumaczyć.
-Dobra, dobra nie tłumacz się. Powiedz mi tylko czy mogę wpaść na kawkę i pogadać?
-Pewnie.-krzyknęłam zadowolona i się rozłączyłam.
Zaczęłam bawić się telefon w rękach, rzucając na łóżko.
Uwielbiam Agatę, w prawdzie znamy się od kilku dni, ale zdążyłam ją polubić.
Jest inna, taka szczera, miła, a zarazem zabawna.
Wiem że mogę jej zaufać i powiedzieć wszystko co leży mi na sercu.
Brakowało mi takiej przyjaciółki, odkąd Paulina okazała się fałszywą i wyrachowaną suką!
Oszukała mnie dla własnych potrzeb, dla zapewnienia sobie lepszych kwalifikacji i wygodnego startu.
   Po pięciu minutach rozległ się głos domofonu.
Zbiegłam na dół, sprawnie i szybko otwierając drzwi.
Nie zdążyłam nic powiedzieć, a blondynka z szampanem wkroczyła do domu.
-Gdzie masz lampki?- zniknęła za rogiem, kierując się do kuchni.
-Nie wiem, nie znam tak dobrze tego domu.- westchnęłam ciężko i poszłam za nią.
-Na szczęście ja wiem.- zaśmiała się otwierając pierwszą szafkę od okna.
-Zapamiętać, lampki do szampana, pierwsza szafka od okna.- prychnęłam śmiechem.
-Sięgnij trzy.- dziewczyna na moje słowa, stanęła jak wryta.
-Jak to?- podrapała się po głowie.
-Reus i Marc u Kuby.. Amber?!- zatkała sobie usta dłonią.
-Nie Cam, moja siostra.- podeszłam i zabrałam jej butelkę alkoholu.
-Salon?
-Salon.- powędrowałam w jego stronę.
-Chyba zmęczona była.- Agata zrobiła kila kroków do sofy na której smacznie spała Camila i okryła ją kocem.
-Na górę.- obróciła mnie, pchając do przodu.
Zaśmiałam się pod nosem i wykonałam jej polecenie.
Nie powiem ciekawiło mnie za co będziemy pić, ale wolałam aż sama mi to powie nie chciałam być jakaś wścipska.
Usiadłyśmy na dość obszernym łóżku, a na twarz mojej towarzyszki wkradł się grymas.
-Co jest?-chwyciłam ją za kolano.
-Ja nie przyszłam nic opić jak pewnie myślisz, ja przyszłam się upić.- podciągnęła nosem, zakrywając twarz dłońmi.
-Dlaczego?!- nie kryłam zaskoczenia.
-Który coś zrobił!? Już jest martwy- zakasałam rękawy swetra.
-Kuba, pokłóciliśmy się.- podniosła twarz do góry, na której widniały pojedyncze łezki.
-Nie płacz tylko powiadaj.- podeszłam do szafy i ze swojej torby wyciągnęłam Jecka Danielsa.
Aga od razu wybuchnęła nieopanowanym śmiechem.
-No co ? Tym chcesz się upić!- wskazałam palcem na "soczek" jaki przyniosła.
-Co racja to racja, lej do pełna.- puściła mi oczko, a ja wykonałam jej polecenie.
-To o co chodzi?- musiałam wrócić do tematu.
-On stwierdził że nie okazuje mu uczuć, że traktuje go przedmiotowo odkąd urodziła się Oliwka. Stwierdził że jest jak mebel, który jest bo jest!- wydarła się wściekła.
-Cind, czy on ma racje?- zapytała, gdy włączałam wierzę z moimi ulubionymi piosenkami.
-Mój farbowany blondasek zapunktował, moja ulubiona.- blado się uśmiechnęłam, po cichu uruchamiając bardzo fajny kawałek Celine Dion.
-Przynajmniej on.-rzuciła się na poduszki, a ja walnęłam w czoło.
Gratulujemy inteligencji Cinderella!
Po prostu bije nią od ciebie na kilometr!
-Wcale nie, może on nie miał tego na myśli. Nie zrozumieliście się.- przycisnęłam ją do siebie.
-Ja to bardzo dobrze go zrozumiałam nie wystarczam już mu!- zawyła, wypijając duszkiem zawartość swojej lampeczki.
-Uhuhu..ale masz spust.
-Jak jestem zdruzgotana, a i owszem.- odparła, zaczynając nucić kawałek utworu.
-Musicie sobie to wyjaśnić tak nie może być, Jakub na pewno cię kocha i wystarczasz mu.- pocałowałam ją w czubek głowy.
-Tsaa.. to napisz do niego.- rzuciła telefon w moim kierunku.
-Co mam napisać?- wrzuciłam na jego numer telefonu i pole do napisania sms'a.
-Już ci mówię. Yghm.. pisz tak jak powiem słowo w słowo.- podniosła palec do góry i zaczęła:
-Podoba ci się nadal Agata?
-Jaja sobie robisz? Na serio mam tak napisać?!- zmierzyłam ją wzrokiem, na co przytaknęła.
Wykonałam oczywiście polecenie PRZYJACIÓŁKA NASZ PAN.
Błaszczykowski dość długo nie odpowiadał czego się niestety się obawiałam.
"Kocham twoje oczy, kocham w dzień i w nocy. Chce byś była tu. Kocham jak się śmiejesz, kocham jak szalejesz, do utraty tchu."
Dzwonek na moje wiadomości i imię Kubuś na środku ekranu.
-Przeczytaj.- wepchnęła mi telefon do rąk roztrzęsiona.
-Pewna jesteś?!- spojrzałam na nią ukradkiem.
-Tak, tak.- popędzała mnie.
-Nie interere bo kici kici.- przeczytałam.
Agata uciekła z butelką brązowego trunku do łazienki, zamykając się.
-Pijany Kubo ja cię uduszę!- wymamrotałam, waląc pięścią o drzwi.
-Otwórz.. Aguś..!-błagałam, ale jak grochem o ścianę.
Wcale mnie nie chciała słuchać.
-Życie polega na tym, by razem spędzać czas, by mieć ten czas na wspólne spacery, trzymanie się za rękę, cichą rozmowę i przyglądanie się zachodowi słońca. A ja nie oszukujmy się nie dałam mu tego. Nie będę zła jak znajdzie sobie inną!- krzyczała, dławiąc się łzami.
I nawet nie miała najmniejszej ochoty otworzyć drzwi.
-To nie prawda, co ty gadasz. Otwórz, porozmawiajmy!
-Nie spędzę tu resztę życia jak będzie trzeba.
Taa.. Marco się ucieszy. NA 100%.
Oparłam głowę o ścianę,waląc w nią.
Nie byłam w stanie jej pomóc sama, musiał mi ktoś w tym pomóc.
Poderwałam się na nogi..


"Wszystko było wspaniale, bo przecież u każdego 'wspaniale' wygląda mniej więcej tak samo. A potem wszystko zaczęło się pieprzyć, co jest dużo ciekawsze, bo u każdego wszystko zaczyna się pieprzyć odrobinę inaczej."


~*~
Witam :D
Wiem że długo kazałam czekać, ale nie miałam czasu.
Ktoś zabrał mi wenę i tak jakby nie chciał oddać.
Wrócił on wróciła wena i rozdział.
Wiem nie jest idealny i jakiś super mega, ale od następnego to się zmieni. ;*
Chcem dużo komentarzy, wtedy będzie szybciej rozdział.
Bajo..
*,*